View Colofon
Original text "Coisas que nunca mudam" written in PT by Luis Brito,
Other translations
Proofread

Marta Pustuła

Published in edition #2 2019-2023

Rzeczy niezmienne

Translated from PT to PL by Gabriel Borowski
Written in PT by Luis Brito

Nie było jeszcze we mnie ani odrobiny strachu, więc wyciągałem ręce, żebyś mnie dotknął. Twoja dłoń opadała, w tle muzyczka jak z windy, opadająca dłoń ciepła jak kluchy, żyły jak skręcone w nieustannej ciszy węże, obgryzałeś paznokcie, aż przypominały muszelki, a twoja dłoń opadała, opad, odpad, aż napotkała moją i spletliśmy dżdżownice palców.

Biedaczysko. Dawniej nosiłeś mnie na rękach, wystękiwałeś w środku nocy kołysanki, chociaż sam potrzebowałeś się położyć. Wielokrotnie podcierałeś mi pupcię, wtykałeś dżdżownice w kupy, które zostawiały ślad, i ścierałeś siki z ubrań. Dawniej musiałeś mówić mojej mamie, że jest ładna, żeby zaciągnąć ją do łóżka, a jeszcze przedtem mówiłeś to innym, bo dawniej, jeszcze dawniej bolały cię już jaja i musiałeś mnie gdzieś wpakować wraz z innymi białymi kijankami takimi samymi jak ja i takimi samymi ja te w moich jądrach ciążących dziś ku ziemi, aż zaczną przypominać twoje. Mam już trzydzieści pięć lat i nie młodnieję. Ty w tym wieku zostałeś moim ojcem.

I wciąż się ciebie nie bałem. Gdy prosiłem, twoja ręka opadała, a pokrywały ją żyły jak węże, żyły artystyczne i gniewne miał mój ojciec, a gniewny to taki, który jest skłonny do gniewu. I zasługiwałem, och, zasługiwałem, choćby tylko przez to, że byłem tym, kim byłem, żebyś zamiast podawać mi rękę, podnosił ją na mnie, kiedy później zjebałem coś w jebanej szkole. Ojcowie biją, synowie nic się nie uczą, a niektóre rzeczy się nigdy nie zmieniają.

Sprzedawałeś mi liście, bo byłeś zmęczony, obgryzałeś paznokcie, bo byłeś wyczerpany przede wszystkim sobą i w pełni rozumiem, bo sam jestem sobą zmęczony. Zmienić się? Chyba tylko dla żartu.

Mam dość bycia zjebem, którym zgodnie z twoimi oczekiwaniami się stałem, i tego, że udaje mi się zjebać wszystko w jebanej szkole życia, która sama jest zresztą zjebanym wyrażeniem, jak te banały, którymi chce się rzygać, bo mają sens. Niektóre rzeczy mnie wkurzają, tak jak ciebie wszystko wkurzało, gdy co drugi dzień pochmurniałeś i grzmiało od ciosów. Kiedy sam czuję, że zaraz coś uderzę, walnę siebie, kogoś albo drzwi szafy, dochodzę do wniosku, że życie to spadek, nie da się temu zaradzić, niczemu, ani wadom, ani problemom, ani urazom z dzieciństwa. Czas jest kwaśny – kwaśnieją też jogurty i jedynie w samotności podniebienia można zaznać starości. Nic się nie zmienia.

Wkurzasz mnie. Wkurzają mnie też wiadomości o ludziach, którzy w wielkim stylu uciekają przed skarbówką. Wnerwia mnie, że przychodzą do mnie listy, które czarno na białym udowadniają, że wiszę komuś pieniądze. Ty nigdy nikomu nie wisiałeś, bo się męczyłeś, i sprzedawałeś liście, bo się bałeś, obgryzałeś paznokcie, bo miałeś dość. Wiszę pieniądze władzom, nigdy nic nie wyniosłem z tych twoich grzmotnięć, mam tylko problem z tym, co mi się narzuca, kiedyś, teraz i na zawsze. W chwili śmierci wkurzy mnie to, że ktoś narzuca mi, kiedy mam umrzeć. Póki co gardzę porządkiem społecznym, na który mnie skazałeś – wybacz, ale taka jest prawda – to wszystko jeden wielki przekręt, który zaczyna się już w jebanej szkole, i wkurza mnie to, że nie ma jak uciec, że jest się ciągle w sytuacji bez wyjścia, bez pracy, za to z długami wobec państwa, bo kiedyś dorabiało się na czarno. Słuchasz mnie? Nie podoba mi się to. Nigdy nie słuchałeś i nic się nie zmienia.

Jeśli podniesiesz rękę, może mi ją podasz, a może mi nią przylejesz. I wybaczam tobie, o ile wybaczalne jest to, że wiszę pieniądze państwu i mam gdzieś ślady kupy na majtkach, które nosiłem wczoraj i noszę nadal dziś, bo mnie nie przebrałeś.

Były też kobiety. Najpierw twoje, potem moje. Byłeś dzieciakiem jak ja i kochałeś się w swojej mamie tak jak ja w swojej, a ta była zarazem twoją kobietą. Gdy stałeś się nastolatkiem, pojawiły się włosy i pryszcze, i chęć wąchania ich – kobiet, a nie świadczących o nadmiernej chęci pryszczy – tak jak u mnie, bo od pokwitania aż do teraz kierowałem się nimi jak marynarze gwiazdami, a czymże są pryszcze, jeśli nie gwiazdami rodzącymi się na scenie Don Juana?

Mój członek również przypomina twój i zmęczył się, zmęczył mnie, zmęczył nas tym, ile poszukiwał i odnajdywał, ile razy szukał i ponosił porażkę, kolejną porażkę, wiele razy z tą samą, wieloma naraz. Niektóre rzeczy są niezmienne i jeśli czuję się tobą, czuję cię w sobie wielokrotnie, jakbyśmy byli jednym i tym samym, czyli upływem czasu, najczęściej wtedy, gdy opowiadam kobietom o swoim życiu i swojej sztuce. Ten urok, ta męskość, to doświadczenie, zawsze ta sama gadka, bo wszystko to, co ty przeżyłeś, przeżyłem też ja, i kobiety to czują.

Była też piłka nożna, którą pokazałeś mi na stadionach i w telewizorach. Była też miłość do psów, większa niż ta do ludzi, bo psy lubią ludzi bardziej niż ludzie siebie nawzajem.

Był też dzień, gdy wyszedłeś i nigdy więcej nie wróciłeś, i dzień, gdy wróciłem do twojego życia – nie miałem już pryszczy, miałem za to ochotę opowiedzieć ci, że opowiadam kobietom to, co opowiadam. Udawanie, że to nie ja, i udawanie, że to nie ty.

Tymczasem zachorowałeś. Potem umarłeś, ale przypomniałeś mi jeszcze, że muszę płacić podatki, bo to z nich utrzymuje się szpital, w którym leżałeś: dumny typ w stanie skrajnego upadku, zaintubowany i pokryty ranami, ale wciąż starający się przyprawić o rumieniec pielęgniarki, które rumieniły się nie z profesjonalizmu, ale ze świadomości, że nawet bliscy śmierci ludzie mogą nadal być piękni, jeśli mają doświadczenie.

Był też dzień, gdy postanowiłem się zmienić. Nie chcę umrzeć tak schorowany jak ty, nie wierzę w system i dlatego każdego dnia jestem sam dla siebie szpitalem. Nie widzisz i być może nigdy tego nie zobaczysz, ale również dla ciebie uprawiam sport i głęboko oddycham, medytuję, unikam cukru i biorę zimne kąpiele. Choroba, która ciebie skazała na śmierć, mnie przyniosła zdrowie. Takie są już dzieje nowoczesnego świata. Chorzy rodzice wydali na świat dzieci, które są chore, ale chcą wyzdrowieć. Dzisiaj może byś zrozumiał, jeśli powiedziałbym ci z większą niż kiedykolwiek pewnością, że mam dość bycia ślepym zaułkiem. Zmieniłem przyzwyczajenia niejako w hołdzie dla ciebie. Wciąż jestem chory, choruję na życie, bo niektóre rzeczy są niezmienne. Czy jestem szczęśliwy? Czasami. Czy opłakałem twoją śmierć? Nie. Jeszcze nie.

More by Gabriel Borowski

Esmeralda, Presja, presja

Esmeralda Świece zamiast lamp. Wiadra zamiast klozetów. Poronienia przypadkowe, legalne i powszechne. W średniowieczu odbywał się właśnie kolejny domowy poród. Dziewczynka na szczęście przyszła na świat żywa, a przy tym okazała się pierwszym niemowlęciem o niebieskich oczach. Po raz pierwszy na powierzchni ziemi i pod błękitnym sklepieniem nieba zrodził się odcień właściwy temu, co na górze, a nie temu, co na dole. Pierwszy cud estetyki. Brązowe i/lub czarne oczy całego królestwa nigdy nie widziały niczego podobnego. Kobieta wyszła na ulicę. W jednej ręce niosła organiczne warzywa, a w dru...
Translated from PT to PL by Gabriel Borowski
Written in PT by Luis Brito

Uma bomba a iluminar a noite do Marão

Zgrubiałe od pracy palce kaleczą mi policzki, kiedy wycieram łzy, które nie przestają płynąć. Jestem przekonana, że morze nie ma granic, i nie wiem, dlaczego wciąż się boję, że w środku jestem już martwa. Czy nie zaznam spokoju nawet wtedy, gdy już wszystko się skończy? Nigdy nie widziałam morza, ale umiem wyznaczać ścieżki. Wody nie da się owinąć wokół palca, płynie, dokąd zechce, jednak ja potrafię nadać jej bieg i wykorzystać jej upór, zanim znowu mi się wymknie, ruszy ku zakamarkom i wypełni ogrom mojej niewiedzy. Nie ogarnęłam jeszcze bezmiaru zdumienia, z jakim podziwia się oceany, nie ...
Translated from PT to PL by Gabriel Borowski
Written in PT by Daniela Costa

Diário de uma portuguesa em Angola

Prolog Całymi latami bombardowano mnie opowieściami o Angoli. Popadającymi ze skrajności w skrajność doniesieniami o ludziach zakochujących się w tym kraju od pierwszego wejrzenia i czujących się tam jak w domu oraz o tych, którzy tego miejsca nie znoszą i nie są w stanie się w nim odnaleźć. Niezwykłymi historiami, zupełnie jak z kart książek, ponieważ jakaś cząstka mnie nie wierzyła, że mogły się wydarzyć naprawdę. Zawsze sądziłam, że w tych opowieściach jest spora doza przesady. Jak wiadomo, każdy lubi nieco podkoloryzować – a w tym przypadku raczej dodać całą paletę. Długo nie mogłam się...
Translated from PT to PL by Gabriel Borowski
Written in PT by Patrícia Patriarca

Jutro

Carlota leżała na wznak, przyjemnie otulona miękką pościelą, ze wzrokiem wbitym w niewidzialny punkt na suficie. Próbowała uspokoić oddech przyspieszony złym snem, z którego właśnie się wybudziła. Nie pamiętała już, co tak naprawdę jej się przyśniło, ale zostało jej wspomnienie rozpaczliwego poczucia, które zmusiło ją do powrotu na jawę. Odkąd się przebudziła, starała się na wszelkie sposoby, jakie mogła sobie przypomnieć, spowolnić rytm pracy serca – jak dotąd bezskutecznie. Zrezygnowała, zsunęła z siebie narzutę i wstała z łóżka, czemu towarzyszyło niezadowolone miauknięcie Matiasa, rudego p...
Translated from PT to PL by Gabriel Borowski
Written in PT by Patrícia Patriarca

Tapioka

Pomruk silnika należącej do stowarzyszenia furgonetki obwieścił, że nadeszła pora obiadu. Słońce prażyło tak mocno, że aż nie dało się go zobaczyć. Starzec stał pod figowcem w brudnej, rozchełstanej koszuli, a na ustach, w których trzymał papierosa, malował się ironiczny uśmiech. Przyglądał się, jak Brazylijka – dwie wielkie mokre plamy pod pachami uniformu i równie przepocone plecy – wysiada z pojazdu, bierze siatkę z jedzeniem i idzie do służącej za kuchnię przybudówki, gdzie przeważnie przesiadywał. – Panie João! Panie João! Uśmiech uwydatnił na twarzy wszystkie zmarszczki, z których spły...
Translated from PT to PL by Gabriel Borowski
Written in PT by Daniela Costa
More in PL

Przebłyski

W zbiorze esejów zatytułowanym Zen w sztuce pisania Ray Bradbury notuje, że między dwudziestym czwartym a trzydziestym szóstym rokiem życia w wolnych chwilach spędzał czas na spisywaniu listy rzeczowników. Taka lista mogła wyglądać mniej więcej następująco: JEZIORO. NOC. ŚWIERSZCZE. JAR. STRYCH. PARTER. KLAPA. DZIECKO. TŁUM. NOCNY POCIĄG. SYRENA PRZECIWMGŁOWA. BUCZEK MGŁOWY. SIERP. KARNAWAŁ. KARUZELA. KARZEŁ. GABINET LUSTER. SZKIELET. Ostatnio przydarzyło mi się coś podobnego. Wychowałam się w rodzinie, która zapewniła mi dobrą edukację i nauczyła dobrego obcowania ze światem, ale ostatnio ...
Translated from IT to PL by Mateusz Kłodecki
Written in IT by Sara Micello

Nie byłam, ale teraz jestem. Wrażliwa na każdą zmianę pogody

Po jednej stronie kanału wiatr bije śniegiem w twarz, a po drugiej dmie w plecy, co trochę ułatwia zadanie. Stamtąd, z końca mostu, można podziwiać pejzaż bez mrużenia oczu. Kanał jeszcze nie zamarzł całkowicie, ale to kwestia kilku dni. Wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak na samym środku kanału łabędź przedziera się przez śryż. Zmaga się, toruje sobie drogę – metr po metrze, powoli, lecz z dobrym skutkiem.       Należy się zatrzymać, żeby obserwować ten widok. Nie jest to miłe, ale przykuwa uwagę. Mógłby przecież podfrunąć i wylądować pod mostem, gdzie woda nie zamarzła, ale nie robi teg...
Translated from SR to PL by Aleksandra Wojtaszek
Written in SR by Marija Pavlović

Sonia podnosi rękę

Ludzie w tych stronach bywają bardzo podejrzliwi. Chociaż sama nie wie, czy gdzie indziej przyjęliby ją lepiej. Ludzie ze strony ojca, ci z przeciwnego obozu. Nie zna w swoim otoczeniu starszych wiekiem par, których relacja opierałaby się na przyjaźni, a nie wzajemnej wrogości. Nawet jeśli trwają w związkach aż po grób. Może i są gdzieć tacy, co się przyjaźnią przez całe życie albo i dłużej, ale jest ich niewielu, to szczęściarze ukrywający się przed wzrokiem innych tak skutecznie, że kiedy ty, młody, rozglądasz się wokół, to prędko nabierasz przekonania, że osoba u twojego boku na pewno zmarn...
Translated from RO to PL by Olga Bartosiewicz-Nikolaev
Written in RO by Lavinia Braniște

Notatki z życia Frances Donnell

Prolog W 1945 roku Frances Donnell – pisarka i uznana hodowczyni ptactwa – przyszła na świat w Stanach Zjednoczonych. W 1983 sfałszowała własną śmierć, udając, że umiera na toczeń – chorobę, z którą się borykała od młodości. Kilka miesięcy później okazało się, że to tylko plotka. Po pewnych kontrowersjach, do których jeszcze wrócimy, Frances na wiele dekad pozostała osobą anonimową. Już w wieku XXI, przygnieciona ciężarem choroby, która nie przestawała trawić jej ciała, przybyła do Hiszpanii. Zawsze powtarzała, że opuściła swój kraj, gdy zrobiła się za stara, żeby siadać do pisania. A przecie...
Translated from ES to PL by Katarzyna Górska
Written in ES by Adriana Murad Konings

Płastuga

Unoszę się z twarzą zanurzoną w wodzie i nakazuję sobie spokój. Nie zwracaj na siebie uwagi, nie marnuj energii. Po prostu trwaj. Wydychaj powietrze powoli, bardzo powoli. Małe bąbelki uciekają w górę, łaskocząc mnie po policzkach. W ostatniej chwili moim ciałem wstrząsną spazmy, a skurcz brzucha zmusi usta, by się otwarły, i właśnie w tym momencie zdecydowanym, spokojnym ruchem uniosę głowę nad wodę i wezmę głęboki wdech. – Siedemdziesiąt dwie sekundy! – nie zawoła nikt. Oto umiejętność, która nie prowadzi w życiu donikąd. Co najwyżej przybliża do siebie samej. Siedzę na dnie basenu i pat...
Translated from NL to PL by Olga Niziołek
Written in NL by Nikki Dekker

Osad z kamienia

Bo widzisz, chwilę to trwa, zanim taka słuchawka prysznicowa weźmie i zarośnie kamieniem. Teraz, gdy z wężem wokół szyi zwisam w połowie na korytarzu, a w połowie na schodach, myślę sobie: jakby te moje ziomki raz zobaczyły łazienkę, to by się mogły domyślić. Gdyby jeden jedyny raz weszli na górę, jak zrobiła to Emma tamtego popołudnia. Obejrzeliby sobie słuchawkę prysznicową, odkręcili i zakręcili kran, spojrzeli na wapienny osad pokrywający ścianę kabiny, zauważyli w umywalce moje pospiesznie zgolone włosy i zaraz by wiedzieli: z tym gościem jest coś nie halo, musimy go ratować. Łazienka prz...
Translated from NL to PL by Olga Niziołek
Written in NL by Lisa Weeda