View Colofon
Original text "Upřímně, miláčku, je mi to fuk" written in CZ by Lucie Faulerová,
Other translations
Mentor

Olga Czernikow

Proofread

Marta Pustuła

Published in edition #2 2019-2023

Szczerze mówiąc, kochanie, nic mnie to nie obchodzi

Translated from CZ to PL by Agata Wróbel
Written in CZ by Lucie Faulerová

Marek rzuca mnie na łóżko, a coś w jego twarzy i w sposobie, w jaki mnie chwycił, sprawia, że zupełnie tracę orientację, jakby zmiotła mnie lawina; nagle nie umiem powiedzieć, gdzie jest góra, gdzie dół. Trwa to zaledwie ułamek sekundy, już po chwili jego ręce wyciągają mnie na powierzchnię – wciąż leżę na materacu, ale góra i dół nieodwołalnie wracają na swoje miejsce. I dopiero teraz zdaję sobie sprawę, co widziałam, dopiero teraz to do mnie dociera, choć jeszcze nie w pełni: krótki, ulotny rozbłysk, jak kiedy ktoś na moment zapala światło i zaraz je gasi. Człowiek wie, że coś zobaczył – nawet jeśli sam nie ma pewności co – i że to coś cały czas jest gdzieś obok. Zaczyna szukać tego po omacku, ale bez skutku, więc w końcu ogarniają go wątpliwości. A może mu się zdawało? Może to było tylko przywidzenie? Miotam się w tym okropnym, ciemnym tunelu, a mój mózg za nic nie potrafi posklejać strzępków informacji w sensowną całość. Przed oczami mam szyfr, jedynki i zera, ale skąd mam wiedzieć, co one wszystkie znaczą, no skąd?!

Czuję, że muszę przewinąć sobie w głowie całą scenę. Zatrzymać ją. Zrobić zbliżenie. Przyjrzeć się temu chwilowemu zawieszeniu grawitacji. Wybadać element obcości w dobrze znanym ciele. Maleńki szczegół, którego nie potrafię nazwać słowami, bo tak naprawdę nie chodzi o nic konkretnego – krzywy uśmiech, mrugnięcie powieką czy zmarszczony nos – ani o to, gdzie Marek położył ręce. A jednak coś zauważyłam. Coś! Tak, coś, czego wcześniej nie robił. Choć… czy aby na pewno? Może wszystko sobie ubzdurałam… Może zaczynam popadać w paranoję, bo nie widzieliśmy się kilka tygodni i zanim zdążyłam się przyzwyczaić, że znów jest obok, on już dobierał się do mnie napalony. Nie wiem. Tunel.

Tymczasem Marek, oparty na łokciach, zawisa nade mną, a jego język wędruje po mojej szyi, zostawiając za sobą wilgotny, gorący ślad. Już za późno, jesteśmy za daleko, nie ma sensu patrzeć w lusterko, żeby się przekonać, czy naprawdę przejechaliśmy kota, czy też na jezdni leżał tylko jakiś łachman. Czuję dziwną sztywność w ciele – nie mogę już nic zrobić. No, coś jednak mogę. Marek, wciąż w spodniach, ociera się o moje krocze; czuję, jak napiera na mnie od prawej strony. Wsuwa mi ręce pod koszulę, jego głośny oddech tonie gdzieś między moim uchem a poduszką. A ja ciągle myślę o jedynkach i zerach, o dziwnej serii cyfr sprzed chwili. Zastanawiam się, czy powinnam go zatrzymać, powiedzieć mu, co zobaczyłam i poczułam – choć sama nie wiem, co to właściwie było… o ile w ogóle było – czy po prostu dać się ponieść. Ciągle się waham, ale jednocześnie odruchowo unoszę biodra, żeby mógł ściągnąć mi majtki.

I nagle widzę Eliškę, z twarzą do połowy zasłoniętą butelką prosecco mówi:

– Było jakoś dziwnie, nie wiem, jak to opisać... Jakbym spała z kimś innym.

– Ej no, może po prostu miał gorszy dzień czy coś – odpowiadam. – Bywa. Był myślami gdzie indziej i tyle.

Marek łapie moją rękę i wsadza ją sobie w majtki.

– Nie, to nie to. Nie sprawiał wrażenia nieobecnego… wręcz przeciwnie. – Eliška bierze oddech i sięga po butelkę, żeby uzupełnić kieliszek. – Zupełnie puściły mu hamulce.

Marek lekko gryzie mnie w sutek, trochę boli. Zawsze tak robi czy to pierwszy raz? Za nic nie mogę sobie przypomnieć.

– Ale dlaczego właściwie masz z tym problem? To chyba całkiem fajna sprawa, nie? – próbuję żartować. Tyle że Elišce wcale nie jest do śmiechu.

– No, byłoby fajnie… gdyby… gdyby nie było tak dziwnie… Sama już nie wiem…

– Może po prostu zobaczył coś w jakimś pornosie i chciał spróbować tego z tobą.

Ciało Marka robi się ciężkie.

– Nie rozumiesz… – mówi, machnąwszy ręką. – Nie wiem, no… Po prostu…

Widziałam, jak biła się z myślami, z trudem dobierała słowa, ale ostatecznie nie dokończyła zdania. Przegrała walkę. Choć dobrze wiedziałam, co ją męczy – a ona wiedziała, że ja wiem – nie powiedziała tego na głos. Chyba rozumiem dlaczego. Czasem nadajemy jakiejś myśli realność już przez sam fakt jej wypowiedzenia.

Marek wślizguje się we mnie jak ryba. Teraz to naprawdę on – mój Marek – tym razem nie mam wątpliwości. W takich chwilach zawsze wydawał mi się rozbrajająco kruchy. Bezbronny. Mały chłopczyk, który rozpaczliwie próbuje się gdzieś schować. Jest we mnie; przez moment się nie rusza, a ja oplatam go udami. Choć czuję podniecenie, jakaś część mnie wciąż błąka się w ciemnym tunelu.

Dziwne, ale nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek później wracały do tematu. Ona nie zaczynała więcej rozmowy, a ja nie dopytywałam. Zupełnie jakby tamta dziwna sytuacja nigdy się nie wydarzyła. Albo sama Eliška wykasowała ją z pamięci.

Idę w głąb tunelu, zanurzam się w ciemność, ciemność bez końca. Przede mną nie ma już nic, ale kiedy oglądam się przez ramię, dostrzegam jakiś ruch. Patrzę w tamtym kierunku i już całkiem wyraźnie widzę schody – a na nich Clarke’a Gable’a. Czy raczej Rhetta Butlera, któremu zaryczana Scarlett O’Hara próbuje wyrwać z ręki walizkę. Nie wiem, skąd się tu wzięli, ale dokładnie pamiętam tamtą scenę. Kiedy widziałam ją pierwszy raz, byłam jeszcze zupełnie mała, chyba nie chodziłam nawet do szkoły. Mama gotowała obiad, a w telewizorze, który stał u nas na lodówce, leciało akurat Przeminęło z wiatrem. Ja siedziałam za starą maszyną do szycia i się bawiłam, a może coś rysowałam i jednocześnie z fascynacją śledziłam historię na ekranie. „Chyba się kłócą”, pomyślałam, choć nie byłam tego tak zupełnie pewna. Bo jeśli faktycznie się kłócili, robili to zupełnie inaczej niż moi rodzice. Mama nigdy nie płaszczyła się przed tatą, a tata nigdy nie uśmiechał się tak zimno i nieprzyjemnie jak Rhett.

Nie pamiętam, co właściwie mówili; nie wiem, czy w ogóle zwracałam wtedy uwagę na sens ich słów. Zapamiętałam tylko tamto dziwne napięcie, które wyczuwałam między nimi. I to, że Scarlett płakała i biegła za Rhettem, a on tylko mierzył ją tym swoim ironicznym spojrzeniem. Nie szarpał się z nią ani nie krzyczał, po prostu jak gdyby nigdy nic szedł do wyjścia. I w końcu naprawdę sobie poszedł. Ze łzami w oczach zapytałam mamę, czy pan z telewizora rozwiódł się z tamtą panią. Mama zapewniała mnie, że nie, że tylko wyszedł z domu.

– Ale przecież się pokłócili!

– Bo Scarlett się bała, że będzie za nim tęsknić.

– To gdzie on sobie poszedł?

– Gdzie, gdzie… Do pracy.

– A po co mu była walizka?

– Walizka? No, walizkę wziął, bo musiał jechać w delegację.

Chyba czułam, że coś tu nie gra, ale w końcu łyknęłam jej wyjaśnienie. Chciałam łyknąć. Pewnie taka już nasza natura: od małego ochoczo dajemy się okłamywać ludziom naokoło, żeby tylko nie dokładać sobie zmartwień, żeby nie zaśmiecać sobie głowy wątpliwościami.

Marek lekko się podnosi i mówi, żebym się odwróciła. Patrzę na niego i próbuję rozgryźć, czy powiedział to jak mój Marek – Marek, którego znam – czy jak facet, który jeszcze niedawno, może nawet wczoraj, posuwał inną. A co, jeśli nie chce mieć przed oczami mojej twarzy? Jeśli woli sobie wyobrażać na moim miejscu kogoś innego? Marek powtarza, żebym się odwróciła; klękam na czworaka i czekam, aż weźmie mnie od tyłu.

Wiem, że wygląda to trochę tak, jakby Rhett Butler i tamto perfidne kłamstwo mamy wynurzyły się teraz z mroku, bo Marek właśnie wrócił do domu po kilku tygodniach nieobecności. Ale chyba wcale nie o to chodzi. Nie dlatego Rhett stoi tam teraz z walizką, nie dlatego zbiega po schodach i łypie na mnie drwiąco… Powód jest inny: tak się składa, że moja wersja historii Scarlett i Rhetta – czy raczej wersja mojej mamy – miała swój dalszy ciąg. Jakieś trzynaście lat później, w maturalnej klasie, przygotowywałam z jedną dziewczyną referat o wojnie secesyjnej. Rzecz jasna, nie mogłyśmy nie wspomnieć o tamtej ekranizacji, którą, nawiasem mówiąc, ostatni raz widziałam w wieku pięciu lat i której na bank już nigdy więcej nie obejrzę. Moja koleżanka stwierdziła wtedy, że z całej historii i tak wszyscy zapamiętali właściwie tylko ostatnie zdanie Rhetta Butlera. Nie miałam pojęcia, o czym mówi.

– No wiesz, Scarlett błaga go, żeby jej nie zostawiał, mówi: „Co ja bez ciebie zrobię? Jak mam dalej żyć?”… I takie tam… A on rzuca tylko: „Szczerze mówiąc, kochanie, nic mnie to nie obchodzi”.

– Zaraz, zaraz… – zaprotestowałam. – Jak to: „żeby jej nie zostawiał”? Przecież Rhett tylko wyszedł do pracy…

Popatrzyła na mnie jak na idiotkę.

– Yyy, do jakiej znowu pracy?

Marek łapie mnie prawą ręką za pierś, a lewą kładzie mi na biodrze.

Jakiej znowu pracy, jakiej znowu pracy, wzruszyłam ramionami i już miałam wypalić o tej delegacji, ale na szczęście oświeciło mnie, zanim zdążyłam otworzyć usta. Co za kretynka ze mnie! Rozryczałam się. Koleżanka nie wiedziała, o co mi chodzi. OK, nie mam do niej pretensji. Do mamy owszem, ale ona już wtedy nie żyła, więc nie mogłam jej wygarnąć tamtego kłamstwa. Pewnie trzeba było machnąć ręką i uznać, że chciała dobrze, że wolała oszczędzić mi przykrości. Ale ja nie potrafiłam tak na to spojrzeć. Może zresztą wcale nie chodziło jej o mnie, tylko o święty spokój – zdawała sobie sprawę, że gdyby była ze mną szczera, przebeczałabym resztę dnia; w końcu często mi się to zdarzało po filmach. Zapewne nie chciała mi powiedzieć co i jak, bo się bała, że zamiast gotować pomidorówkę będzie musiała wycierać mi smarki. Gdyby tylko wiedziała, co zrobiła! Przecież mało brakowało, a do końca życia tkwiłabym w idiotycznym błędzie! A to wszystko przez nią! Bo już wtedy intuicja podpowiadała mi, co tam się faktycznie wydarzyło. Po prostu dałam się nabrać. Oszukać. I nagle, po tylu latach, prawda wyszła na jaw! Tylko co teraz?! Co zrobić z taką prawdą? Na co ona komu? Jedynki i zera.

Ech, przeklęty referat na historię!

Pot Marka kapie mi na plecy. Jesteśmy jak perfekcyjnie zestrojony mechanizm. Spoglądam przez ramię, chcę go widzieć. Nasze spojrzenia się spotykają; Marek mocniej zaciska palce na moim ciele. Odwracam głowę. Przyśpiesza. A potem się zatrzymuje.

Gdzieś z góry dolatuje mnie jęk ulgi.

Uścisk słabnie, osuwam się na brzuch. Marek osuwa się na mnie.

Wzdycha. Wzdycham.

Znów patrzę na Rhetta Butlera: stoi w drzwiach z walizką w ręce i uśmiecha się do mnie. Macham mu na pożegnanie. Właśnie wybiera się w delegację.

More by Agata Wróbel

Obce miasto

Amsterdam u progu jesieni mienił się kolorami. Przywitała mnie kapryśna pogoda: raz słońce, raz deszcz – i tak w kółko, jak zdrowaśki różańca. Właśnie stoję pod mostem, czekając, aż przeleci kolejna ulewa. Tego dnia wybrałam się rowerem na przejażdżkę po okolicy. Chciałam zobaczyć słynne poldery, kanały ciągnące się w poprzek soczyście zielonych łąk, wiatraki, które górują nad krajobrazem, rozpościerając ramiona niczym strachy na wróble. To miała być moja pierwsza wycieczka, początek przyjaźni między mną a nowym miejscem – krajem znanym ze wspaniałej architektury, gdzie planowałam pomieszkać p...
Translated from CZ to PL by Agata Wróbel
Written in CZ by Anna Háblová

Morana

Przerwa w ruchu. Stosunkowo niewielu samobójców ginie na skutek uduszenia. Często kończy się na nieudanej próbie – człowiek traci przytomność i w efekcie słabnie ucisk na krtań. Co innego powieszenie, które od lat pozostaje w Czechach najchętniej wybieranym sposobem na odebranie sobie życia. Zwłaszcza wśród facetów: na tę metodę decyduje się około sześćdziesięciu jeden na stu mężczyzn i około czterdzieści na sto kobiet. Jeśli ofiara ma pecha i nie nastąpi przerwanie rdzenia kręgowego, do zgonu dochodzi mniej więcej po dziesięciu minutach. Zaskoczyło mnie, na ile sposobów można się powiesić...
Translated from CZ to PL by Agata Wróbel
Written in CZ by Lucie Faulerová

Wyprawa na fajerwerki, czyli rzecz o Unii Europejskiej i młodych ludziach

Jak przystało na człowieka mało obytego, wszedłem do klubu tuż po otwarciu, w porze, kiedy młodzi bywalcy dopiero wprawiają się w dobry nastrój w okolicznych barach. Na opustoszałym parkiecie tańczyły na razie tylko światła, a kawałki puszczane przez DJ-a przypominały raczej buddyjskie mantry niż mroczne satanistyczne bity. Lśniąca wilgocią podłoga zdradzała, że jeszcze pół godziny temu po sali krążyła ekipa sprzątająca. Oddałem się więc rozmyślaniom nad przewrotnością losu, raz po raz wędrując po piwo – korzystałem z faktu, że przy barze nie ma jeszcze kolejek. Gdybym przyszedł później, ochro...
Translated from CZ to PL by Agata Wróbel
Written in CZ by Ondrej Macl

Samochód ze starożytnej Grecji

Był upalny czerwcowy dzień – tyle że w owych stronach ten czas w roku nazywano nie czerwcem, ale thargelionem albo skirophorionem. Dwaj mężczyźni opuścili mury Aten i, dyskutując z ożywieniem, wyruszyli na przechadzkę wzdłuż rzeki Ilissos. Głównym tematem ich rozmowy była miłość. Młodszy z mężczyzn niósł pod pachą zapis pewnej mowy poświęconej tezie, że miłość jest złem; sam w to zresztą wierzył. Starszy w głębi ducha nie zgadzał się ze swoim towarzyszem, choć podniecała go żarliwość wywodu rozmówcy. Dlatego kiedy zatrzymali się pod rosłym jaworem, umościł się w trawie i zgodził się, żeby upa...
Translated from CZ to PL by Agata Wróbel
Written in CZ by Ondrej Macl

Oczyszczalnia

Stała przy kontenerach budowlanych, rozcierając zmarznięte dłonie. W oddali, ponad rzeką, przeleciały właśnie dwa kormorany. Petra zaczęła nerwowo rozglądać się na boki. Otworzyła wiadomość, którą dostała dzień wcześniej. „Siema, akcja oczyszczalnia jutro o osmej. Zbiorka przy moscie kolo kontenerow. A.”. Zanim wyświetlacz zgasł, zdążyła przeczytać esemesa jeszcze trzy razy. Stara i nowa oczyszczalnia, które dzieliły się ściekami spływającymi z całego miasta, stały obok siebie na wyspie, królując nad rzeką. Pierwsza z nich działała na powierzchni; mapy Google ukazywały walcowate zbiorniki jak...
Translated from CZ to PL by Agata Wróbel
Written in CZ by Anna Háblová
More in PL

Dziennik

21 sierpnia Nazywam się Erik Tlomm, a to jest mój pamiętnik. Pisanie polecił mi psychiatra, być może w celu szybszego powrotu do zdrowia. Ale dla kogo mam właściwie pisać? Dla niego? Dla żony Linii? Chyba nie ośmieliłby się pokazać jej moich zapisków. Na moje wątpliwości odpowiedział: „Niech pan pisze dla siebie”. Kupiłem więc skórzany kajet i znalazłem się tutaj, przy biurku, pisząc pamiętnik dla siebie, i nie mogę pozbyć się dziwnego uczucia, że ​​piszę też dla kogoś innego – ale dla kogo? 22 sierpnia Chciałbym wyjaśnić swój pierwszy wpis do pamiętnika (komu? sobie? jemu? tobie?): przeżył...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Mirt Komel

Notatki z życia Frances Donnell

Prolog W 1945 roku Frances Donnell – pisarka i uznana hodowczyni ptactwa – przyszła na świat w Stanach Zjednoczonych. W 1983 sfałszowała własną śmierć, udając, że umiera na toczeń – chorobę, z którą się borykała od młodości. Kilka miesięcy później okazało się, że to tylko plotka. Po pewnych kontrowersjach, do których jeszcze wrócimy, Frances na wiele dekad pozostała osobą anonimową. Już w wieku XXI, przygnieciona ciężarem choroby, która nie przestawała trawić jej ciała, przybyła do Hiszpanii. Zawsze powtarzała, że opuściła swój kraj, gdy zrobiła się za stara, żeby siadać do pisania. A przecie...
Translated from ES to PL by Katarzyna Górska
Written in ES by Adriana Murad Konings

O rumakach i demonach

      Wczorajszy dzień pamiętam, jakby to było wczoraj. W Brukseli wsiadłem do pociągu do Hagi (a w zasadzie do dwóch pociągów, gdyż miałem przesiadkę) tylko po to, żeby zobaczyć jeden konkretny obraz.       Opętał mnie demon obsesyjnego pragnienia, więc po prostu musiałem pojechać.       Podróż odbiegała jednak znacznie od tego, jak ją sobie wyobrażałem – jako miłą, odprężającą wycieczkę do Holandii – co uświadomiłem sobie prawie natychmiast po opuszczeniu hotelu, zostawiając wszystko i wszystkich za sobą.       Na brukselskim Gare du Nord prawie wsiadłem do złego pociągu, ponieważ patrzyłem ...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Mirt Komel

Pandy z parku Ueno

Od kiedy urodziły mi się dzieci, a może od kiedy założyłam sobie konto w mediach społecznościowych lub wręcz od kiedy praca zmusiła mnie do tworzenia jasnych, chwytliwych komunikatów, w sumie raczej do odwoływania się do rzeczy znanych, niż do ich wymyślania, dzieliłam mój czas na ten prawdziwy, w którym mogłam wyrażać siebie prawdziwym językiem, i ten fałszywy, w którym zmuszona byłam posługiwać się określonymi kategoriami, rejestrami lub kalkować różne zachowania. Czytałam powieści o nieustępliwych, zdeterminowanych ludziach, którzy wstają o czwartej rano, biorą lodowaty prysznic, a o szóst...
Translated from IT to PL by Mateusz Kłodecki
Written in IT by Arianna Giorgia Bonazzi

Jutro

Carlota leżała na wznak, przyjemnie otulona miękką pościelą, ze wzrokiem wbitym w niewidzialny punkt na suficie. Próbowała uspokoić oddech przyspieszony złym snem, z którego właśnie się wybudziła. Nie pamiętała już, co tak naprawdę jej się przyśniło, ale zostało jej wspomnienie rozpaczliwego poczucia, które zmusiło ją do powrotu na jawę. Odkąd się przebudziła, starała się na wszelkie sposoby, jakie mogła sobie przypomnieć, spowolnić rytm pracy serca – jak dotąd bezskutecznie. Zrezygnowała, zsunęła z siebie narzutę i wstała z łóżka, czemu towarzyszyło niezadowolone miauknięcie Matiasa, rudego p...
Translated from PT to PL by Gabriel Borowski
Written in PT by Patrícia Patriarca

Wszystkie zwierzęta polne

Tego ranka, jak zwykle, obudziła się głodna. Kwakanie kaczek przelatujących nad dachem odbiło się echem od ścian sypialni i dziewczynka uniosła się na łóżku. Ptaki przybyły do domu babci z daleka, może nawet z innego kontynentu, machając skrzydłami. Pewnego dnia po prostu przestała chodzić do szkoły i przywieziono ją tutaj, do babci, która mieszkała obok jeziora, kilka kilometrów od najbliższego miasteczka. Nikogo nie obchodziła. Jej rodzice pragnęli prywatności, albo pracowali, tam w mieście, nie wiadomo dokładnie. Nie miała za to wątpliwości co do burczenia w żołądku każdego ranka, ale równi...
Translated from ES to PL by Katarzyna Górska
Written in ES by Adriana Murad Konings