Rozdział 3
NORA
Pycha chodzi przed upadkiem, a wyniosłość ducha przed ruiną.
Przypowieści Salomona 16:18-20 (Biblia Warszawska 1975)
Zanim poznała swoich nowych przyjaciół, Nora zajmowała się własnym życiem. Robiła to w ten sam sposób, w jaki planowała swój czas pracy – poprzez analizy, kategoryzację i grafiki. Jaki rating otrzymał ten spektakl, czy recenzje są wystarczająco dobre? Czy grają w nim znani aktorzy? W porządku, trafia na listę rzeczy do obejrzenia! Nie szukała towarzystwa. Widziała, jak kobiety w jej wieku przemieszczają się w grupach niczym stada dzików w poszukiwaniu żeru – mężczyzn, doświadczeń i przyjemności. Zbyt angażujące wydawało jej się przejmowanie czyimiś kaprysami i oczekiwaniami. Toteż jej życie prywatne wyrosło niczym ogon u służbowego. Bułgarka łączyła podróże służbowe z wydarzeniami kulturalnymi – wystawami, koncertami, spektaklami. Te „ucieczki”, jak zwykła je określać, dostarczały jej przyjemności. Kilka razy wybrała się na wyjazd regeneracyjny. Organizatorzy obiecywali „transformujące doświadczenia”, „podróż do wnętrza siebie”, oraz „formułowanie intencji do Wszechświata”. Po tym jak symbolicznie powtórzyła swoje narodziny, a następnie zapłakała, pełzając po podłodze niczym nie raczkujące jeszcze niemowlę, zrozumiała dlaczego w grupie nie ma mężczyzn. Żaden normalny mężczyzna nie wierzgałby nogami w powietrzu, w oczekiwaniu na przewinięcie. Drażniło ją jeszcze jedno. Najwyraźniej istniała pewna niepisana zasada, polegająca na tym, że kobiety, gdy tylko wyjadą na taki retreat powinny zaniedbać swój wygląd – nie myć włosów, nie nosić stanika; nie zmywać makijażu albo w ogóle go nie nakładać, zakładać rozciągnięte bawełniane spodnie, podwinięte do kolan i, jeśli rzuciły palenie, wrócić do nałogu. Podobne rozpasanie było zauważalne również w słowach. Matrony, które w prawdziwym życiu były przykładnymi matkami, żonami i lwicami biznesu, traciły kontrolę, gdy musiały podzielić się swoimi grzechami.
Na jednym z takich wyjazdów w Rodopach uczestniczki złożyły przysięgę, że nie będą rozmawiać z nikim poza mentorką – kobietą w nieokreślonym wieku – chyba po siedemdziesiątce – o długich siwych włosach, w białym stroju i butach. „Wygląda jak z reklamy proszku do prania”, badała ją wzrokiem Nora. – Gdybym wciąż pracowała w agencji reklamowej, wzięłabym ją do spotu telewizyjnego. „Żaden marketing manager nie odmówiłby babci robiącej mu pranie.” Wszystkie czciły kobietę w bieli – chciały jej się przypodobać, kłamały na temat swoich grzechów – wyolbrzymiały je i koloryzowały. „Nie jestem wystarczająco dobrą matką – stawiam karierę nad opieką nad dziećmi”, „Zdradzam swojego męża”, „Zostawiłam ojca w hospicjum i nie odwiedziłam go, aż do jego śmierci” – im cięższe przewinienie, tym większe szanse na zwrócenie na siebie uwagi siwowłosej. Siedząc wśród nich w kręgu na podłodze, Nora w milczeniu przysłuchiwała się wyznaniom. Gdy nadeszła jej kolej, utkwiła ciemne spojrzenie w krystalicznie błękitnych oczach mentorki i oświadczyła – „Biorę narkotyki. Muszę, bo inaczej nie przeżyję”.
Kilka godzin po grupowym seansie jedna z pomocniczek – młoda kobieta z zaczesanymi do bólu włosami, również odziana w biel, zapukała do drzwi jej pokoju i poprosiła, by opuściła ośrodek jeszcze tego samego wieczoru.
– Zwrócimy całą kwotę, ale nie może pani tutaj dłużej zostać. W warunkach podpisanej przez panią umowy widnieje klauzula o zakazie spożywania alkoholu i narkotyków. Nora nic nie powiedziała. Spodziewała się takiego finału, a nawet na niego liczyła.
„No, przekonajmy się teraz grzesznice-lafiryndy, która jest bardziej zepsuta. Ja czy wy?”. Być może lubiła wygrywać wszystkie bitwy, a może po prostu nie umiała poradzić sobie bez antydepresantów. Nigdy nie rozstawała się z metalowym pudełkiem. Otwierała go jeszcze w trakcie porannej kawy. Adderall ratował ją przed chronicznym zmęczeniem, utrzymywał ją w doskonałej formie podczas galopujących jedno po drugim spotkań, dostarczał jej na czas potrzebnych informacji. Jej praca polegała na nieustannych szacunkach, prognozach i podejmowaniu trudnych decyzji. Nie miała prawa się pomylić. Wpatrzone w nią dziesiątki oczu, oczekiwały zarówno sukcesu, jak i jej upadku. Miała sojuszników, ale i wrogów. W południe brała drugą dawkę, a wieczorem, gdy serce waliło jej w piersi, a ręce drżały, Nora przyjmowała środki uspokajające, które usypiały adrenalinę, tylko po to by następnego dnia znów ją obudzić.
Ci wszyscy „mali wojownicy”, jak nazywała antydepresanty, sprawiali, że jej życie stawało się znośne. Błąd w dawkowaniu spowodował jej omdlenie w Berlinie. Miesiąc wcześniej kupiła bilet na koncert. Jej kierowca, dobrze wychowany młody mężczyzna, absolwent szkoły muzycznej, który jednak nie zrobił kariery, często puszczał w samochodzie piosenki Verdy. Pewnego wieczoru, gdy wracali z fabryki suplementów diety, wspomniał o nadchodzącym europejskim tournee diwy pop. Gdy tylko Nora znalazła się w domu, po dwunastu godzinach pracy, kupiła bilet przez internet. Wybrała koncert w Berlinie; przypadał akurat na dzień jej planowanej podróży służbowej do centrali.
Tego dnia wyleciała wczesnym porankiem z Sofii. Z lotniska Tegel udała się prosto do biura, położonego niedaleko Alexanderplatz. Dzień minął na stresujących prezentacjach i dyskusjach. Nie mogła się doczekać, aż to wszystko się skończy, aż wróci do hotelu, zdejmie z siebie garsonkę, która pomimo perfum nasiąknęła zapachem paliwa lotniczego i terminali. Chciała przekąsić coś na szybko. Podczas ostatniego spotkania wdała się w kłótnię z kolegą z pracy – mężczyzną o nadmiernym testosteronie i patriarchalnym podejściu, według którego kobietom w biznesie najlepiej udaje się przynoszenie kawy. Nora wyczuwała jego pogardę przy każdym spotkaniu w drzwiach, kiedy to przyspieszał kroku niemal ją popychając; w chamskim przerywaniu jej wypowiedzi i oczywistym lekceważeniu jej słów.
Tamtego dnia pod koniec rozmów kolega zerwał się na równe nogi, wysyczał coś obraźliwego w rodzimym języku, zaś Nora udała, że nie rozumie. Mężczyzna rzucił długopisem, którym wcześniej stukał o blat stołu, i opuścił salę. „Tym razem zgłoszę go za naruszenie etyki firmy”, obiecała sobie. Opuściła biuro z drżącymi kolanami i zdrętwiałymi palcami. Spojrzała na zegarek – do koncertu pozostała zaledwie godzina. Wiedziała, że nie zdąży już uwolnić się od zapachu paliwa i terminali. Złapała taksówkę do bistro, w pobliżu sali koncertowej. Zamówiła sałatkę, której prawie nie tknęła. Wypiła jedno martini, przepijając nim dawkę wieczornych „małych wojowników”. Poczuła znajome zawroty głowy i spowolnienie pulsu. Spojrzała na zegarek na nadgarstku – czas się zbierać. Udała się do łazienki, żeby poprawić makijaż. Starannie nałożyła eyeliner i ciemną szminkę. Była gotowa na lepszą część dnia.
W loży przywitał ją kelner. Nora zamówiła drugie martini. Nie zauważyła, kiedy przybyli pozostali widzowie. Nie zwróciła także uwagi na muzyków rozgrzewających publiczność przed występem Verdy. Chwilę przed utratą przytomności, przypomniała sobie, że w taksówce przełknęła bez wody jeszcze jedną dawkę antydepresantów.
Tego wieczoru „mali wojownicy” wtargnęli wielką armią.
Gdy odzyskała przytomność, poza pochylonym nad nią śniadym lekarzem, zauważyła także, krzątających się dookoła nieznajomych. Jeden z nich – wielki brodaty mężczyzna, trzymał ją za rękę. Wyprostowała się niepewnie, a on pomógł jej usiąść na krześle. Muzyka wprawiała w drżenie całą salę i Nora nie słyszała, o czym rozmawiają między sobą medyk i szczupły blondyn. Prawdopodobnie omawiali jej stan zdrowia. Bolała ją głowa, dotknęła czoła, a na palcach została jej krew. Jasnowłosy zerknął na nią kilka razy z ukosa. Takich jak on spotykała każdego dnia – mogła ich rozpoznać po kategorycznych gestach, nie słysząc nawet ich imperatywnego tonu. Zadowoleni z siebie mężczyźni sukcesu, przekonani, że mogą sterować życiem innych. W chwilach słabości Nora im zazdrościła. Nigdy nie mogłaby kierować cudzym życiem, ponieważ ledwo dawała sobie radę z własnym. Cała grupa z loży odprowadziła ją do limuzyny ważniaka i udali się do izby przyjęć, gdzie opatrzono ranę na jej głowie. Poczuła się lepiej dopiero, gdy zostawili ją w hotelu. Wraz z nią z samochodu wysiadł brodaty mężczyzna. Nora poprosiła, aby usiedli na chwilę w hotelowym barze. Mężczyzna posadził ją na miękkiej skórzanej sofie.
– Zaraz wracam – rzucił nieznajomy i udał się w głąb lobby.
Nora zauważyła, że poruszał się swobodnie po holu. „Pewnie nie musi wracać do domu pełnego dzieci”, pomyślała Nora. Po chwili pojawił się z kubkiem herbaty w jednej ręce i ze szklanką whisky w drugiej.
– Dla ciebie jest ciepły napój – usiadł naprzeciwko niej. – Jestem Johan.
– Nora – wymamrotała i wzięła łyk herbaty. – Dziękuję, Johanie.
Mężczyzna podrapał się po brodzie i się uśmiechnął.
– Mój ojciec powiadał, że jeśli istnieje napój, który rozwiązuje wszystkie problemy, to jest nim herbata.
– Twój ojciec miał rację – westchnęła Nora. – Ciepło fizyczne i ciepło emocjonalne są przetwarzane przez ten sam ośrodek w mózgu.
Johan z zaciekawieniem uniósł brwi i poprawił na ramieniu jedną z szelek.
– Wątpię, że miał tego świadomość, ale gdy moja mama była nie w humorze, wstawiał czajnik na gaz.
Nora przyjrzała mu się uważnie:
– Skąd jesteś?
– Jestem Szwedem. A ty jesteś Bułgarką.
– Przejrzałeś mnie – uśmiechnęła się smutno Nora.
– A oto jeszcze jedno odkrycie… – z tymi słowami wyjął metalowe pudełko ze swojej kieszeni. – Nie byłem pewien, czy powinny pozostać w twojej torebce, dopóki byliśmy w szpitalu. Szczerze mówiąc, miałem je wyrzucić, ale i tak pewnie zaopatrzysz się w nowe.
Nie odpowiadając, Nora wyciągnęła rękę i zabrała pudełko. Pomilczeli, następnie kobieta podniosła się:
– Przykro mi, że przeze mnie ominął was koncert.
– Nie martw się – powiedział Johan, wypił duszkiem to, co zostało w szklance; wyprostował się i podał jej wizytówkę. – Zadzwoń do mnie jutro, żebym wiedział jak się czujesz.
Nim Nora zdążyła mu odpowiedzieć, odwrócił się i wyszedł z hotelu. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni ktoś chciał wiedzieć, jak się czuje. „Czuję się cholernie źle.”
Samolot do Sofii wylatywał następnego dnia przed południem. Gdy tylko minęła kontrolę paszportową, zadzwoniła pod numer zapisany na wizytówce.
– Brzmisz o wiele lepiej – zauważył Johan. – Szkoda, że już dziś wracasz. Adrian organizuje w lobby krótkie spotkanie z Verdą i pozostałą dwójką z loży – parą z Izraela.
Wcześniej tego samego ranka Nora odebrała telefon od Greka; nie miała pojęcia skąd miał jej numer. Radośnie poinformował, że wyśle jej zaproszenie na koncert finałowy trasy. „Idealna okazja, żebyśmy zobaczyli się wszyscy w Rzymie”, oznajmił.
„Jest zarozumiały, ale intencje ma dobre,” pomyślała Nora i przyjęła zaproszenie. Opowiedziała Johanowi o pomyśle Arestidesa.
– Adrian ma szeroki gest. Przyjaźnię się z Verdą, więc też do was dołączę – wyjaśnił Szwed.
Nora nie zapytała jak bliska jest ich przyjaźń, ale po odbytej rozmowie, gdy czekała na otwarcie bramki wyszukała go w internecie. Okazał się znanym fotografem mody. W artykułach przedstawiano go jako towarzysza gwiazdy pop. Na zdjęciach albo stał za nią w tłumie, wyróżniając się imponującym wzrostem albo otwierał drzwi samochodu. „Nie wyglądają jak prawdziwa para. Nie dotykają się na żadnym ze zdjęć. Przypomina raczej jej bodyguarda.” Przez megafon ogłoszono, że bramka została otwarta, więc skierowała się do wyjścia.