Mam siedem lat. Mój świat mieści się na dnie szklanki rakiji. Gdziekolwiek się odwrócę, zawsze otacza mnie szkło. Słońce już zaszło. Wraz z wieczorem przychodzi również strach. Nie lubię tych godzin przed nadejściem nocy, kiedy wszystko zasnuwa się czarną woalką i wzrok staje się siatkowaty. Najsłabsza jestem wtedy, gdy moje zmysły są uśpione. Wytężam słuch, pomimo zamroczenia i wyłapuję pierwsze krzyki. Czy spodziewałam się czegoś innego? Czy są takie wieczory, kiedy nasi rodzice się nie kłócą? Słowa rosną z każdą minutą – coraz silniejsze i bardziej nieznośne. Leżąca obok mnie Teja zaczyna się wiercić i ostatecznie wyrywa mnie z otępienia. Chciałabym coś zrobić, żeby się nie obudziła – ochronić ją przed ocknięciem. We śnie wygląda na jeszcze spokojniejszą niż jest zazwyczaj. Nie zapomniałam jeszcze o laniu, jakie dostałam za schowanie sztućców, ale nie mogę się na nią wiecznie gniewać. Jeszcze nie. W przeciwnym razie zostanę tu zupełnie sama. W przeciwnym razie będę musiała sama trzymać się za rękę.
Nigdy nie zrozumiem naszej więzi. Nawet po latach. Prawda jest taka, że właściwie, to nie lubiłam, gdy Teja mnie dotykała, ani ja nie lubiłam dotykać jej. Jednak wieczorami nie miałyśmy wyboru – latami usiłowałyśmy przetrwać, trzymając się za ręce. Każda trzymała tak naprawdę siebie, ale nie umiałyśmy tego same zrobić. Dlatego wmawiałam sobie, że ona chroni mnie, podczas gdy Teja prawdopodobnie myślała odwrotnie. Nazajutrz o tym nie wspominałyśmy, często nawet na siebie nie spoglądałyśmy, jej oczy błądziły we właściwym sobie pasywnym spokoju (teraz już wiem, że był to smutek, co zatem widziała w moich?). Nie wiedziałam jak przebiegły jej narodziny, ani pierwsze spotkanie z naszym ojcem, wiem natomiast, że nie leżała w inkubatorze, nigdy nie chorowała, nie rozumiała, jak to jest być po drugiej stronie szkła. To dlatego przez długi czas ją winiłam, gdyż uważałam ją za mniej zranioną ode mnie.
Wtem słychać brzęk metalu uderzającego o ceramikę. Tato musiał upuścić widelec na talerz. Następują wrzaski, wrzaski i jeszcze więcej wrzasków. Teja siada na łóżku i widzę, że jeszcze nie wie gdzie się znajduje, bo nie do końca się wybudziła. Spogląda na mnie, a ja odnoszę wrażenie jakby pierwszy raz w życiu naprawdę było jej mnie szkoda. Cierpi za mnie, chce mi pomóc, tylko nie wie jak. To nie wystarczy, Teja. To mnie nie uratuje. Co o ratunku wie dziecko takie jak ja? Co wie o współczuciu i pomocy?
Po pewnym czasie słyszymy głośne trzaśnięcie drzwi, zdaje się jakby nasz pokój i łóżko drżały i tym razem obie wbiegamy do salonu. Jednocześnie. Teja po raz pierwszy wchodzi w sam środek kłótni – do tej pory nigdy się nie odważyła. Naszej mamy nie ma, jej brak jest zauważalny, świat wydaje się pusty. Ojciec siedzi na krześle, ma wilgotne wargi i oczy, a szklanka kołysze się w jego dłoni. Gdzie jest mama, krzyczy Teja. Nawet on jest zaskoczony. Oboje patrzymy na nią tak, jakby całe życie była niema i nieoczekiwanie zaczęła mówić, ale pyta o coś tak głupiego, że dziwimy się jak to możliwe, że to są właśnie jej pierwsze słowa.
Tato wzrusza ramionami. Wybiegam zatem na balkon i widzę mamę leżącą na podłodze. Ma zamknięte oczy, więc pierwsza myśl jaka przemyka mi przez głowę, to ta, że jest martwa, a jednak wciąż się jej boję. Z mojego gardła wyrywa się pisk. Teja rzuca się w naszą stronę, a za nią powolnym krokiem wchodzi nasz ojciec. Moja siostra natychmiast wybucha płaczem. Teja kocha mamę. Mama kocha Teję. Pewnie myśli to samo co ja – mama nie żyje. Rzeczywiście świat jest bardziej pusty bez matki. Bardziej nagi. Tato w końcu do nas dociera i gdy zbliża się do mamy, trąca ją w udo. Nie reaguje, tylko jej noga drga.
Wtem Teja rzuca się na niego.
Zaciska delikatne ręce w piąstki, wymachuje nimi i uderza, krzyczy, żeby się wyniósł, zostawił mamę w spokoju, przestał. Gdyby mama faktycznie była martwa, zapewne zmartwychwstałaby z zaskoczenia. Ojciec się zatacza i łapie moją siostrę za nadgarstki. I wtedy ona poddaje się płaczowi, opierając głowę o jego ciało. To najistotniejsza różnica między nami – nie potrafię znaleźć pocieszenia tam, gdzie mnie zraniono, nie potrafię go objąć i rozpłakać się w jego ramionach. Chyba zawsze zdawał sobie z tego sprawę i dlatego mnie odtrącał. Gdybym się tak na niego rzuciła, pewnie od razu by mi przyłożył i powalił na ziemię obok mamy.
Mama!
Odwracam twarz w jej stronę – wydaje mi się, że się lekko uśmiecha. Zawsze wiedziała jak zwrócić na siebie uwagę. Jak być ofiarą. Moja mama jest żoną alkoholika – każdy kto ją zobaczy, od razu ją pociesza. Patrzą na nią miłosiernie i litościwie, bo jej nie znają. Raptem jej pierś się unosi i kategorycznie wykrzykuję, że oddycha. Ona oddycha! Moja siostra odsuwa się od ojca i klęka, obejmuje ciało matki i płacze. Mama powoli się prostuje i także ją przytula. Nawet mój ojciec nie może powstrzymać łez płynących z jego czerwonych oczu. Z boku, wyglądamy zapewne jak wyjęci z sielskiego obrazka, ze spektaklu, w którym bohaterzy nareszcie doświadczyli katharsis. Zjednoczyli się i rodzina znów jest cała.
Teja płacze, że to cud, że mama ocalała. Nasza ocalała mama pewnie poczuła się przez to ważna i się rozkleiła. Nie rozumiałam tylko, dlaczego on płacze. Może zrozumiał do czego doprowadził, choć nie wiem, co dokładnie wydarzyło się między nimi tamtego wieczora. A może po raz pierwszy odkąd go znam pojawiła się w jego głowie myśl, żeby przestać pić. A może po prostu będąc pijanym, nie zdawał sobie sam sprawy z tego, że płacze. Tylko gdzie na tym obrazku jestem ja? Jakie zajmuję tu miejsce? Teja mnie łapie i przyciąga do ich trojga. Mama głaszcze mnie po włosach i przyciska do swojego ciała. Tylko, że to nie jest moje miejsce. Płaczę wyłącznie dlatego, że nie należę do tych ludzi.
Wchodzimy do środka, mama kładzie mnie i moją siostrę do łóżka, zakrywa nas kołdrą i każe nam iść spać. Później wychodzi. Przez dłuższy czas nasłuchujemy, ale nic nie słyszymy. Kilka minut po wyłączeniu lampki nocnej, rozpoznaję na suficie obrys domu. Chociaż nie jestem do końca pewna – jutro sprawdzę. Zasypiamy w milczeniu nocy.
Następnego dnia, gdy zasiadamy do kolacji, nasi rodzice oznajmiają, że podjęli ważną decyzję. Przestaną pić. Teja z radości po raz pierwszy ściska moją rękę pod stołem. A ja – jej.
Domu z sufitu nie było.
Słońce już grzeje. Wsiadamy do auta, które mój ojciec pożyczył od swojego przyjaciela i ruszamy. Droga na wieś prowadzi przez szerokie pola i brzoskwiniowe sady. Chwilę po tym, gdy opuszczamy miasto, pniemy się po stromym wzgórzu, uplecionym zakrętami. Miniprzejście do dzieciństwa. Silnik zaczyna się dławić, więc trzeba przełączyć z gazu na benzynę, inaczej samochód zgaśnie. Wydaje mi się, że wtedy każde auto było takie. Nie dało się wjechać na wzgórze na gazie, ale żaden ojciec nie chciał przełączać na benzynę. Każda kropla była za cenę złota. Nawet ojciec Loli, który później zabierał nas ze sobą do miasta, krzywił się, gdy docieraliśmy do wzgórza. Jest w tym miniprzejściu coś ekscytującego. Trzy zakręty, ale każdy wygląda jakby był ostatnim. Niby znałam je jak własną kieszeń, a jednak za każdym razem wydawało mi się, że to ostatni i już zaraz wyjedziemy na płaskie. Po trzecim zakręcie rzeczywiście zaczyna się płaska droga. Wówczas ogarnia mnie szczególne zadowolenie, że oczekiwanie się zakończyło. Tato znów przełącza na gaz. I jego najprawdopodobniej ogarnia to samo uczucie.
Wtedy nie podejrzewałam, że nie będę już więcej mieszkać z rodzicami. Bardzo długi czas się łudziłam. Tego samego lata leczyłam kurczątko i poznałam Lolę, całymi dniami biegałam nad rzeką, wspinałam się po drzewach, jadłam mekice, pierwszy raz spałam pod gołym niebem, uczyłam się pływać. Wszystko, czego oczekuje się od dziecka na wsi. Aż przyszła jesień, z którą miała pojawić się również moja mama. Był już wrzesień i żadnych wieści od niej.
Lata, które spędziłam na wsi, były jednocześnie najpiękniejszymi i najstraszniejszymi w moim życiu. Gdy mama mnie zostawiła, nagle inni mnie zechcieli. Jednak nie ci, którzy powinni.
Pewien mój wujek, kuzyn matki w trzeciej linii, ciągle mnie do siebie zapraszał. Skarżył się babci jaki jest samotny i jakie to niesprawiedliwe, że cały swój czas spędzam wyłącznie z nią, a jego wcale nie odwiedzam. Babcia włączała go do swoich modlitw, ale zaczęła mnie także zmuszać do odwiedzin u wujka, żeby mu dotrzymywać towarzystwa i pomagać w pracach domowych, bo w jego domu „brakowało kobiecej ręki”. A może po prostu bała się, że ludzie zaczną gadać, że zostawia swoich krewnych w potrzebie, sama nie wiem.
Nie lubiłam go. Jego twarz była szorstka i pokryta zmarszczkami – musiał być o wiele starszy od mojej mamy. Jego ręce pokrywały prostackie i niedorzeczne tatuaże, które, jak mi wyjaśnił, zrobił sobie niegdyś sam przy użyciu igły i popiołu. Wypadły mu już prawie wszystkie włosy, a te które zostały, były rzadkie i siwe. Wydawał mi się ogromny. Wysoki do niebios. Wielkolud.
Zastanawiało mnie, czemu babcia tak mu ulega. Czemu w ogóle musiałam tam chodzić, skoro właściwie nie kazał mi niczego robić w domu. Gdy tylko przyszłam zaczynał mnie szczypać po buzi, dopóki nie zarumieniły mi się policzki – czasami z bólu chciało mi się płakać. Później częstował mnie sokiem i gdy niechętnie go wypijałam, nie przestawał się do mnie lepić. Tak, to właśnie to słowo. Jego ręka niby mimowolnie zsuwała się po moim ramieniu, plecach albo udzie, podczas gdy on po raz kolejny jojczał mi w twarz jaki jest samotny, jak to nie mógł się ożenić na czas jak inni, i że muszę uważać, żeby nie stać się taka jak on. Z pewnością nie będę taka jak on.
Najbardziej nienawidziłam, kiedy się pochylał, żeby mnie pocałować w policzek, niby na powitanie, lub na pożegnanie, albo po prostu tak bez powodu, bo „taka ładna ze mnie panienka”. Jego język ześlizgiwał się lekko, prawie niewyczuwalnie po mojej skórze, jednak jego dotyk sprawiał, że całe moje ciało przeszywały dreszcze. Ten dziwny pocałunek sprawiał, że czułam się niezręcznie. Zawstydzał mnie. Wypełniało mnie jakieś natarczywe uczucie, przerażające i jednocześnie… dziwnie przyjemne. Mój żołądek zwijał się w supeł przy każdej czułości. Gdy jego ręka, wielka i ciężka, zaczynała mimowiednie zaczepiać o sam czubek mojego kolana albo kreśliła krzywą mojego kręgosłupa, mnie zalewało nieznane dotąd ciepło. Wydawało mi się to niestosowne, ponieważ nigdy wcześniej go nie odczuwałam. Chciałam opowiedzieć babci o tym uczuciu, ale nie wiedziałam, jakich słów użyć, co dokładnie powiedzieć. Czasami wydawało mi się, że sobie to wszystko wmawiam – wymyślam, tak jak i wszystko inne, jak twierdziła babcia. Próbowałam sobie poukładać te uczucia w głowie, ale mój dziecięcy umysł widocznie nie posiadał jeszcze odpowiednich narzędzi. Nocą przypominałam sobie ruchy wujka i zalewał mnie wstyd, choć nie wiedziałam dlaczego właściwie się wstydzę, a moja skóra cierpła tak mocno, że miałam wrażenie jakbym miała na sobie naostrzoną brzytwę. Jeden ruch i się skaleczę.
Jednak najbardziej nieprzyjemny był jego wzrok. Gdy tylko mnie dotknął, jego oczy się rozszerzały i wyglądały jakby pływały w śluzie, jego wargi stawały się wilgotne a zęby pobłyskiwały – przypominał obślinionego psa. I oblizywał się dokładnie tak jak pies, a z każdym dotykiem jego twarz stawała się coraz bardziej nieobecna, jakby jego dusza przeniosła się gdzieś indziej. Co rusz wymyślałam powód żeby wstać lub biegłam do łazienki, próbując uspokoić dudniący w piersi oddech. Miałam wrażenie, że moja skóra jest brudna i nie mogłam się doczekać, aż pozwoli mi wyjść. W progu znów całował mnie w policzek, a jego język na sekundę zatrzymywał się na mojej skórze.
Przez długi czas wujek i jego tłusty język czaili się wszędzie, dokądkolwiek się udałam, wyskakiwali zza każdego wiejskiego rogu. Gdziekolwiek się znajdowałam, pełzł za mną także jego język. Nieważne ile razy się myłam, wciąż lepił mi się do twarzy. W takich chwilach pragnęłam jej nie mieć. Pragnęłam być człowiekiem bez twarzy.
Nie przestawał mi się śnić. Gdy tylko zamykałam oczy, natychmiast pojawiał się przede mną i rozkładał ramiona, które potwornie się powiększały. Patrzyłam na jego ogromne ciało, jednocześnie stając się coraz mniejsza. Wówczas kładł mnie na swoją dłoń i podnosił do góry. Wgłębienia w jego rękach były jak kaniony, tak drobna byłam w porównaniu z nim, a on rozdziawiał usta i gromko się zaśmiewał. Cały się trząsł ze śmiechu, a ja turlałam się po jego dłoni niczym ziarnko.
Od czasu do czasu przestawał, żeby oblizać swoje wyschnięte usta, wtedy zawisał nade mną jego język, większy nawet niż jego ręka. Przysłaniał wszystko dookoła, a ja trzęsąc się, wtulałam się w jedną z poduszek. Usiłowałam podnieść krzyk, ale nie wydobywał się ze mnie żaden dźwięk. Próbowałam wrzasnąć z całego gardła, ale na próżno. Za każdym razem, gdy zaczynałam uciekać, prześlizgując się przez jego palce, łapał mnie i odkładał z powrotem na środek swojej potwornej dłoni, po czym znów się zaśmiewał. Po takich koszmarach budziłam się roztrzęsiona i mokra od potu, szukałam babcinej ręki. Bełkocząc przy tym nieprzytomnie, szturchałam ją leżącą na sąsiednim łóżku, a ona z lekkim pochrapywaniem zwracała mi uwagę, że powinnam przestać czytać fantasmagorie.