Szum radia wisi w busie jak zasłona mgły. Zmęczona, szukam pozycji, w której poczułabym się utulona w półśnie; samochód raz po raz mną potrząsa. Czasami przez kilka kilometrów autostrada pogrążona jest w ciemności, i tylko tylne światła innych samochodów - ich czerwone oczy - prowadzą nas głębiej w noc.
…wiele rzek osiągnęło stan alarmowy... zalane jest całe centrum i nie ma prądu... do Spa wlewa się też woda ze wzgórz otaczających miasto...
Muzyka klasyczna przedziera się, trzeszcząc, przez głos sprawozdawcy. Skulona przy drzwiach pasażera, patrzę na korony drzew, które zarysowują się w ciemności.
Po obu stronach autostrady drzewa gęstnieją aż po Ardeny, gdzie dziki ryją wilgotną ziemię, a w wioskach z kamienia łupkowego na cały dzień opuszcza się rolety. Gdzieś w tej ciemności widzę siebie stojącą przed małym, ceglanym domkiem. Wdycham zapach mchu, który wydobywa się z ziemi, a jednocześnie już dziesiątki kilometrów dalej, z dużą prędkością jadę autostradą w stronę terenów dotkniętych katastrofą. Spoglądam szybko na siebie, potem odwracam się i znikam w domku, kieruję wzrok na rzędy okorowanych pni, które, zaznaczone czerwonymi okręgami, leżą i schną przy leśnej drodze.
Poruszam się w półmroku, między snem a czuwaniem. Obrazy. Dziwna jasność w głowie. Stan, którego często szukam tuż przed rozpoczęciem pisania i który daje mi poczucie, że nie jestem już ograniczona jedynie do mojego ciała.
… specjalne łodzie, ale zbyt lekkie na ten prąd... jak już wcześniej mówiliśmy: wiele domów się zawaliło... straż pożarna...
Bus potrząsa mną hipnotyzująco gdy przejeżdżamy przez most przy Namur. Pod nami błyszczy oleista woda. Znowu ożywiam się, gdy Leon dostraja częstotliwość radia. W końcu przez wiadomości przebija się muzyka. Bach, takie mam wrażenie, kantata.
Skręcamy w zjazd na stację benzynową. Zaczyna wiać. Chłopak w musztardowym fartuchu wynosi bukiety kwiatów spod jasno oświetlonego daszku. Pokazuję dziewczynie za osłoną z plexi przy kasie dwie cole i tabliczkę czekolady. Na zewnątrz baner z reklamą hamburgerów trzepocze na wietrze, uderzając w metalową obudowę. Leon rytmicznie stuka pistoletem dystrybutora, zanim go odwiesi. Jeszcze chwilę kręci się wokół samochodu, w tłustym żółtawym świetle, które nadaje mu aurę samotności, jego długi cień przełamany przez krawędź pompy. Okrąża pojazd i siada po stronie pasażera.
Przez przednią szybę widzę, jak bezwiednie chowa głowę w rękach, przeczesując brązowe loki.
Lubię patrzeć na niego, gdy nie czuje się obserwowany. Zwraca się wtedy do swojego wnętrza, coś wydaje się uwalniać z jego spojrzenia, jakby sięgało do elektrycznie naładowanego obszaru, który leży tuż ponad naszą rzeczywistością i, od czasu do czasu, uderza w ziemię, gdy pokazuje mi coś ze swoich świetlnych instalacji sztuki.
Czekolada nie daje się zeskanować. Dziewczyna z uporem naciska na skaner, jakby chciała przełączyć na inny program, ale utknęłyśmy w tej sytuacji, otoczone przez podświetloną ramę sklepu, a po chwili pierwsze krople uderzają o szybę. C'est parti, zaczęło się, mówi w końcu, patrzy na zewnątrz, gdzie po kilku sekundach ulewny deszcz zaczyna walić w asfalt. Za zasłoną wody, spływającej strumieniami po szybach bus szybko przestaje być widoczny. Dostrzegam, jak Leon pochyla się, szukając mnie wzrokiem, ale nawet po zbawiennym piknięciu ja zostaję tutaj, przy pospiesznie wciągniętych do środka kwiatach i regałach z tym wszystkim, co może być potrzebne w drodze. Między nami ulewa, betonowa przestrzeń i tygodnie stresu.
Kręcę się jeszcze chwilę przy dużych lodówkach pełnych coli w różnych wariantach. Ekspres do kawy wciąż kapie po espresso, które nalał sobie kierowca ciężarówki, a które teraz pije małymi, ostrożnymi łykami. Zgniata kartonowy kubek, patrzy się tępo na zewnątrz, gdzie chłopak, w dawno przemoczonym fartuchu, próbuje wciągnąć do środka ciężki panel. Dziewczyna za kasą, znudzona, odgryza kawałek słodkiego gofra i mu się przypatruje.
Nikt nie podejrzewa, że w moim brzuchu rozwija się życie – w szaleńczym tempie formują się oczka, organy, nerwy i mięśnie – a ono już teraz doświadcza straty: nie ma już ogona, błony między palcami rąk i nóg zniknęły, dzięki czemu gdzieś w mojej ciemności mogą się zetknąć dwie małe rączki.
Dwieście kilometrów prosto, zapowiada GPS, dokładnie przez prowincje, w których na najbliższe godziny i dni zapowiadane są silne opady deszczu. Ponieważ władze prawdopodobnie zamkną niektóre drogi jutro rano, bez wahania ruszyliśmy natychmiast, późnym wieczorem, ale teraz, gdy w radiu wyraźnie rysuje się kontur katastrofy, noc wydaje się tunelem, przez który pędzimy, podczas gdy rzeczywistość zaczyna rozprzestrzenia się wokół nas.
Wkrótce wjedziemy w poranek i znowu okaże się, jak bardzo to zlekceważyliśmy, które ostrzeżenia zignorowaliśmy, jak żyjemy, jakby planetarne katastrofy miały zawsze dotykać innych, a nigdy nas. Możemy sobie wyobrazić tylko nieszczęście bliskie nas samych, które wybucha z martwego pola lub rozrasta się w naszym własnym ciele.
Wycieraczki szyb machają i piszczą, ledwo usuwając wodę. … et demain, on prévoit encore plus de pluie, i jutro jeszcze więcej deszczu. Wyłączam radio. Noc zagęszcza się tam, gdzie nie ma oświetlenia, całymi kilometrami. Nie zwracam uwagi na drogowskazy, które następują po sobie w szybkim tempie, na sieć strzałek i rozwidleń. Nazwy rozbłyskują w świetle reflektorów, ale nie mamy potrzeby wiedzieć, gdzie dokładnie jesteśmy, dość, że ubywa kilometrów do kolejnego zjazdu. Gdzieś w szumie deszczu i świateł autostrady leży źródło Dunaju, głęboko w Szwarcwaldzie, Czarnym Lesie, ono przyciąga nas niemal z magnetyczną siłą.
Ostatnio męczy mnie niepokój, który trudno mi wyjaśnić. To nieprzyjemne uczucie, że pod tym, co znajome, kryje się coś dziwnego, że rzeczy nie są takie, jakimi się wydają. Że tam, jak na zdjęciu rentgenowskim, pod mleczną zasłoną rzeczywistości, na powierzchnię wypełza twarde, kamienne, białe i zimne jądro ale tylko przy braku światła, lub w pustce pomiędzy dwoma chwilami, zawsze podkrada się od tyłu.
Chciałabym przez chwilę podążać jakąś drogą, tak jak rzeki od tysięcy lat wyznaczają kierunki w krajobrazie, a Dunaj jest jedyną rzeką na świecie, której kilometraż znaczony jest w górę rzeki, od ujścia do źródła. Tęsknota za tym, by móc podróżować w kierunku punktu zerowego, odliczając kilometry, a nie dodając je, prosto do latarni morskiej w Sulinie, błyskającego światła na krańcu Europy.
Od lat przechowuję w górnej szufladzie biurka mapę Europy Wschodniej, jedyną mapę, którą znalazłam i na której jest widoczna większa część Dunaju. Zaczyna wić się od góry po lewej, wciśnięta między nazwy miejscowości i symbole topograficzne, układ nerwowy niebieskich, czerwonych i żółtych linii. Nieporęczna mapa, ponieważ trzeba było zmieścić na niej prawie całą rzekę, zgnieciony krajobraz, nazwy wiosek i miast nieczytelnie skrócone, drogi krajowe i regionalne ledwie rozróżnialne. Mapa nie ma żadnej ambicji, aby pomóc w znalezieniu drogi.
Po tym, jak kilka tygodni wcześniej kupiłam busa, ponieważ wydał mi się oczywistym lekarstwem na niepokój – dostawczak przerobiony na chatkę, obietnica życia pełnego przygód – wyciągnęłam mapę z biurka i rozłożyłam ją na stole w kuchni. Pochyliłam się nad papierem i niebieskim mazakiem przejechałam po rzece, by wydobyć ją z plątaniny kolorowych linii. Od szerokiego koryta między majestatycznie wznoszącymi się wapiennymi skałami przy Passau i Ulm, gdzie pojawia się na mapie – tutaj długopis zostawił pionową kreskę, jakby na chwilę zawahał się, zanim przeszłam dalej – przez zamki, klasztory i pałace Jury Szwabskiej, coraz szybciej: przez doliny przełomowe, doliny kotłowe i doliny wąwozowe, pod wzgórzami porośniętymi sękatymi drzewami morelowymi, austriackim wąwozem Wachau, na równinę Panonii na Węgrzech, gdzie rzeka skręca pod kątem prostym w kierunku Serbii z jej osławionymi Żelaznymi Wrotami, przez zatopioną wyspę Ada-Kaleh na wschód, w szeroko pogłębione kanały przez Rumunię, aż rozmywa się w Morzu Czarnym. Kręta linia w niebieskim tuszu. Słowo, które zostało rozciągnięte na tak dużą odległość, że stało się nieczytelne.
Odsunęłam długopis od papieru, gdzieś powyżej delty, a w mojej piersi z łopotem skrzydeł poderwała się chmara ptaków wędrownych . Tak mogłyby się rozciągać przed nami nadchodzące miesiące. Jasny, przejrzysty punkt początkowy dla opowieści. Od początku do końca.
Źródło znajdowało się trochę poza mapą, gdzieś pomiędzy filiżankami z niedopitą kawą i obierkami po jabłkach. Tam chciałam rozpocząć podróż, pośród okruchów i list zakupów, na mokrej łące zalesionych grzbietów gór w Szwarcwaldzie.
Wygładziłam zagięcia mapy i przymocowałam ją nad rozkładanym fotelem do spania. Niebieskie poduszki okryłam owczą skórą, na płytach OSB ułożyłam dywan o wzorze inspirowanym Persją i zawiesiłam sznur z lampionami. Ruchomy dom. Móc samej stać się mniejszą w większym ruchu. Mieć kierunek: w dół rzeki, od Czarnego Lasu do Morza Czarnego.
Ale co z niewidzialnym obliczem rzeki, nie jej prądem na powierzchni, który rzeźbi krajobrazy i podąża śladem czasu, od wschodu do zachodu, od narodzin do śmierci, ale obliczem, które tworzy z niej krąg? Wieczną pętlą, której początek mógłby być zamknięty w oberwaniu chmury albo w deszczu, który spada na naszą skórę kroplami wilgoci, które wdychamy w parne letnie dni. Obliczem, które przebija przez papier mapy, dla której rysunek jest tylko niewyraźnym obrazem, nazwy miejsc w lustrzanym odbiciu, tym, co nieświadome, którego nie da się wypowiedzieć, bezkształtnością snu. Błotnistym prądem pod błękitną wodą powierzchniową, ręka, która chwyta cię tylko wtedy, gdy czujesz się bezwładna.
Podwójne oblicze rzeki: zawsze widzisz tylko połowę, jej powierzchnia mąci naszą wizję, jej uśmiech okazuje się gorzkim grymasem, musisz paść na kolana, żeby się do niej zbliżyć, a ona jest i zaraz znika, ale wciąż jest, jej ostry jak szkło błysk, wyskakuje z wody, jej dno jest miękkie, chłonące i niedostępne.
Przesunęłam jeszcze raz palcem po niebieskiej linii. Nić napięta w mojej wyobraźni, biegnąca poza krawędź mapy, wzdłuż drewnianych desek, którymi pokryta jest przestrzeń bagażowa busa, pod girlandą lampionów, aż do szafki z wieloma małymi szufladami, które służą tylko do przechowywania cukierków na mdłości, butli gazowej obok przenośnej kuchenki z dwoma palnikami. Tutaj zawisną opowieści, to sieć, którą rozwieszam. Źródło rzeki może teraz znajdować się gdzieś w sęku drewna, z którego kiedyś wyrastała gałąź, puste w środku drzewo, którym jest ten samochód. Zawsze będzie wypadać poza mapą, to źródło, zawsze będzie gdzie indziej, niż się spodziewamy, podobnie jak nigdy nie dowiem się, gdzie dokładnie bije drugie serce pod moją skórą, bez względu na to, jak często kładę dłoń na brzuchu.
W końcu mogę czegoś dotknąć. Czegoś, czego jeszcze nie widzę, ale co już jest namacalne, co istnieje.
Mamy ten sam plan przestrzenny. Ona jest krwiobiegiem, zamkniętą całością, przelewającym się w sobie ciałem. Kobietą, która dziko wpada do wodnego basenu, z wijącymi się ramionami i żyłami płynącymi przez Europę. Jej falujące ciało podąża za cyklem krwi:, jej przypływy i odpływy to płodność, życie i nie-życie.
Tablice wskazujące zjazdy prowadzą do martwych odnóg, które rozpływają się w ciemności. Bus mruczy cicho, deszcz siecze. Trudno mi skupić się na drodze. Leon zaczął chrapać, przebijając się przez burczenie silnika i dudnienie deszczu. Od razu przystał na plan podróży wzdłuż rzeki, zaczął podejmować praktyczne kroki, zanim jeszcze o nich pomyślałam: ubezpieczenia, wnioski urlopowe, przygotowanie samochodu w warsztacie, przegląd techniczny. Wszystko układa, kontroluje, planuje z wyprzedzeniem. Ja z trudem idę przez dni, ciągle gubię rzeczy - ślad, który prowadzi do mnie, dzięki czemu nigdy nie będę naprawdę zgubiona. Czasami myślę, że właśnie to trzyma nas razem: jego potrzeba zachowania rzeczy w całości, i ja, która zawsze będę się rozpadać.
Opony busa tracą przyczepność przez warstwę wody, która pozostaje na asfalcie, co jakiś czas kierownica ślizga mi się w rękach. Ściskam ją dla pewności, pochylam się bardziej do przodu. Za moją kością łonową siedzi kobieta wielkości jabłka, o skórze tak cienkiej, że pewnie widać pod nią naczynia krwionośne i narządy, a mimo to jej nie czuję, brzuch jeszcze się nie zaokrąglił, nie wyczuwam jeszcze żadnej wypukłości w brzuchu, czy ona wchłonęła jakąś część mnie, by zrobić miejsce dla siebie; co wypłynęło?
Kiedy już mogłam być w ciąży, ale jeszcze nie wiedziałam, czy jestem, często zastanawiałam się, czy coś niezauważalnie przesunęło się w moim spojrzeniu, czy stałam się kimś innym, a ktoś inny stał się mną. Weszłam w strefę przejściową. To mogło się zdarzyć, ale jednocześnie mogło się nie wydarzyć, co już mnie zmieniło przez co byłam już zmieniona, oderwało od ciała, które zawsze brałam za pewnik. Druga cienka kreska na teście ciążowym złagodziła to uczucie niepokoju, ostatecznie mniej niż miałam nadzieję, wywołując nieuporządkowaną mieszankę radości i poczucia obcości. Czy powinniśmy to gdzieś zgłosić, zapytał Leon. A gdy lekarz dwa tygodnie temu obnażył mój brzuch i posmarował go zimnym żelem, a moja macica pojawiła się na ekranie metr ode mnie jak ruchoma, gwiaździsta noc, w której widać było ludzki kształt, głównie głowę i brzuch, to bardziej wydawało się, że coś patrzy na mnie, niż na odwrót – kawałek mnie, który zaczął rosnąć i nie przestanie, aż stanie się za duży dla mojego ciała i zrzuci je jak starą skórę.